sobota, 1 kwietnia 2017

Jak dobrze mieć sąsiada ;)

Tym razem pojawiła się w oknie, pomachała zachęcająco ręką i od razu wcisnęła coś, co otwiera drzwi, bowiem na dole jest domofon. I tak ze trzy razy. Westchnąwszy głęboko, wciągnęłam powietrze i nacisnęłam klamkę. A że dłużej niż przeciętny człowiek na bezdechu nie wytrzymam, od razu poczułam znajomy zapach mlecznego gospodarstwa. Bynajmniej nie mam na myśli woni mleka, ale krów, gnojówki, obornika, kiszonki i diabli wiedzą, czego jeszcze. Wszystko zusammen. A ponieważ kuchnia sąsiadki jest otwarta, nie pomogło, że weszłam na górę. Spojrzałam tylko spłoszona, czym tym razem poczęstuje mnie Gabi, ale ciasto dopiero było "w drodze". Uff. Odetchnęłam. Przy okazji pochwaliłam się, co ja ostatnio upiekłam. Popatrzyła na mnie z podziwem i zapytała ile mam lat. Po raz kolejny. I nijak nie chce być mniej. Upewniła się, czy mam męża. Po raz kolejny zaprzeczyłam. I z własnej woli dodałam, że dzieci też nie mam. Dopytała się, do kiedy będę tutaj.  I jeszcze dodała, że jestem taka miła i "sehr hubsch". I nagle mnie olśniło...auć....głupia ja! Gabi szuka żony dla syna! Mówiła jakoś wcześniej, że ma 35 lat, gotowe piętro do zamieszkania (kuchnia pewnie też otwarta) i nie ma dziewczyny. Kręci się na podwórku nieraz jakiś facet, właściwie dwóch, ale nie mam pojęcia, który to syn, który ojciec. Odpowiadam grzecznie i przemykam, najczęściej z Eryką za rękę. Chyba jednak te 10 lat różnicy mnie uratowało, bo nie zatrzymywana dłużej, pożegnałam się i zeszłam na dół. Z wrażenia nawet krowy śmierdziały jakby mniej....