wtorek, 7 marca 2017
kolejna opowieść o praniu....
Jestem perfekcjonistką;) Jeśli chodzi o pranie, to zbieram się do tego w ostatnim momencie...kiedyś nawet zdjęłam z tyłka majtki do prania. W domu nie byłoby problemu, bo zawsze coś w szufladach by się znalazło, czy za małe, czy za duże, ale jednak...w pracy niestety...Pranie nastawiłam, ale do wysuszenia nie nastawiłam, bowiem usnęłam. Zdarzyło mi się chodzić w samych spodniach, nie jeden raz zresztą...Jak to z praniem jest "na opiece"? Bardzo różnie...Ostatnio pani złapała się za głowę i jęknęła "ojej ojej"...tak dużo swojego prania wyciągałam z jej pralki...bo ona z reguły na jeden raz włączała parę skarpet. Albo spodnie dresowe męża. Albo koszulkę. Albo bluzę. Ale nigdy razem. Prosiłam, mówiłam, błagałam, mąż krzyczał. Nieskutecznie. Zawsze był taki moment, że słyszałam galop i oho...Po praniu, para skarpet czy inne ingredienty trafiały do suszarki, na godzinę, więc logiczne, że wychodziły stamtąd suche niczym pieprz. Wyciągałam ja (już czujna!) i wkładałam do szafy. Próżno jednak szukać tego czy owego. Pani wyciągała i rozwieszała po całym domu, łącznie z zastawą w jadalni. Nie, że zastawę wieszała, ale pranie na zastawie. Chciałam się napić kawy? Musiałam najpierw zdjąć skarpetki z filiżanki.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz